Całkiem niedawno stacja CBS poinformowała, że zamierza nakręcić serial Gliniarz z Beverly Hills, który ma opowiadać historię syna głównego bohatera filmu. W tę rolę wcieli się Brandon T. Jackson (Jaja w tropikach, Agent XXL 3). Eddie Murphy będzie producentem, a także zamierza pojawić się gościnnie w serialu. Czy będzie to odświeżanie kotleta? Czy może twórcy podejdą do tematu profesjonalnie? Zapewne już wkrótce się o tym przekonamy, a póki co przypomnijmy sobie sam film.
Gliniarz z Beverly Hills może i nie zalicza się do arcydzieł, ale nikt nie może zaprzeczyć, że jest to klasyk swojego gatunku. Lata ’80 to był rozkwit komedii sensacyjnych. Film wówczas okazał się niebywałym sukcesem. Po dziś dzień oglądam go z wielkim sentymentem.
Scenariusz nie jest za bardzo odkrywczy. Policjant z Detroit (Eddie Murphy) przyjeżdża do Beverly Hills by odnaleźć zabójców swojego przyjaciela. Na własną rękę postanawia on wymierzyć im sprawiedliwość. A więc temat stary jak świat.
Mało kto wie, że podczas pisania scenariusza, do roli Axel’a Folley’a brany pod uwagę był głównie Sylvester Stallone. Według mnie, film wówczas nie byłby wielkim odkryciem i powstałoby coś na podobieństwo Cobry. Koncepcja filmu zmieniła się, kiedy producenci zatrudnili Murphy’ego. Eddie Murphy wyszedł z inicjatywą i wprowadził wiele zmian do scenariusza. Dzięki temu film nabrał komediowego charakteru. Jedna z najlepszych ról w karierze tego aktora.
Film posiada wiele scen humorystycznych i jednocześnie trzyma dobre tempo, jak przystało na kino sensacyjne. Jednym słowem: wzór kina lat ’80.
Jednak największą zaletą filmu jest ścieżka dźwiękowa. Muzyka idealna. Kto dzisiaj nie zna motywu przewodniego? Melodię „Axel F.” Produkcji Harrold’a Faltermeyer’a zna i potrafi zanucić większość ludzi na naszym globie.
Stary, dobry klasyk gatunku z lat ’80 🙂