Wojna damsko-męska w najlepszym aktorsko wydaniu. Ona i on. On to Janusz Gajos, ona – Joanna Żółkowska. Oboje spotykają się w parku, niby przypadkiem, ale nie po raz pierwszy. Udają. Każdy po swojemu, bo obojgu zależy na tym, żeby ugrać jak najwięcej.
„Ławeczka” w reżyserii Macieja Wojtyszki jest historią jak świat starą. Tylko za każdym razem pisaną na nowo. Ona jest rozwódką, ma kilkuletniego syna, który wakacje spędza u ojca. On, natomiast, jest żonatym facetem przed czterdziestką, szukającym na zmianę rozrywki i pocieszenia. Już raz się spotkali, w tym samym parku pod fontanną, ale on niczego nie pamięta. Drugi raz udaje, w nadziei na flirt, przelotną znajomość zakończoną noclegiem u nieznajomej. Ona też i tym razem chciałaby go usidlić, ale po swojemu, nie tak bezpośrednio. W końcu każda kobieta chce (bez względu na sytuację) poczuć się damą, wybranką, jedną na milion. I choćby miałaby być tylko „parkową Julią” – nie z Werony, a z fabryki skarpetek – to zaryzykuje, pozbawiając się resztki dumy. W końcu on też nie jest żadnym Romeo, a zwykłym kierowcą autobusów. Które z nich wygra? I czy w ogóle można mówić o wygranej?
Sztuka, pomimo niezmienności czasu, miejsca i obsady jest niezwykle dynamiczna. Głównie za sprawą ciekawego scenariusza i bohaterów, w których role wcielają się ikony teatru – Gajos i Żółkowska. Ona i on to sprytna, ekscentryczna i dość nieprzewidywalna para. Przede wszystkim dlatego, że oboje realizują dwa odmienne cele. On kłamie jak z nut, zwodzi ją, obiecuje, wreszcie poniża („Ty parkowa glino paszportowo”, „Przychodzi taki kontroler nr 9”) i grozi. Ona podpytuje, sprawdza i szantażuje. Ma „intensywnie rozwinięty instynkt paszportu”, który każe nie wierzyć w żadne męskie słowo i sprawdzić jego dokumenty. Kobieca intuicja jej nie zawodzi. Okazuje się, że Jurij vel Nikola vel Aleksander vel Fiodor ma żonę i dwoje synów (a przecież mówił, że jest rozwodnikiem). Bohaterka zadowolona z małego zwycięstwa kontynuuje grę i uwodzi czterdziestolatka w nadziei na kolejne wyznania. Jej ciekawość prowadzi, koniec końców, do sceny, w której mężczyzna gotów rozbić butelkę na jej głowie, byle tylko chronić swoją prywatność. Ten moment jest też paradoksalnie swoistym katharsis dla obojga. Chwilą, prowokującą do zrzucenia wszystkich masek i wyjawienia prawdy o sobie samych.
Komedię Gelmana, ze względu na jej uniwersalność, polecam obejrzeć w całości. Jest to prawdziwe studium psychiki mężczyzny i kobiety, którzy próbują w swoim przeciętnym życiu odnaleźć choć kawałek szczęścia.
Autor: Justyna Orlik
Zanim przystąpisz Justyno do pisania recenzji postaraj się poznać nazwisko aktorki. ŻÓŁKOWSKA, nie Żółkiewska, wstyd!!!!! Na mejscu Pani Żołkowskiej obraziłabym się, ale pewnie nie czyta grafomańskich wypocin. Może Janusz Gujas a nie Gajos? ŻENADA!!!!
Dziękuję za cenną uwagę! I choć piszesz o grafomańskich wypocinach, ciesze się, że udało Ci się dotrwać do końca recenzji 🙂
Pozdrawiam serdecznie
Maciej WOJTYSZKO – nie Wojtyczko.
Pomylić 2 nazwiska z 3 mozliwych.. bez komentarza..
Moi drodzy czytelnicy, dziękuję za uwagi. Wszystkie zostały naniesione, więc mam nadzieję, że tekst czyta się teraz bez większych zgrzytów 🙂
i jeszcze nie Wojtyczko tylko Wojtyszko 😉 a poza tym to nazwisko się odmienia, a więc w reżyserii Wojtyszki, dwa nazwiska przekręcone na trzy możliwe 😉