‘Aktualności’

1 Gwiazdka2 Gwiazdki3 Gwiazdki4 Gwiazdki5 Gwiazdek6 Gwiazdek7 Gwiazdek8 Gwiazdek9 Gwiazdek10 Gwiazdek (1 - ilość głosów, punktacja: 7,00/10)
Loading ... Loading ...

W chmurach (2009) – recenzja filmu

W chmurach - recenzja filmu
Ocena na FILMWEB: 7,0
Ocena autora:
7,0
Autor: Damian Marciniak

Tytuł recenzji:
Z kryzysem w tle
Reżyseria: Jason Reitman

Aktorzy:
George Clooney, Vera Farmiga

Całkiem świeży temat, jakim jest światowy kryzys gospodarczy stał się inspiracją dla twórców zza oceanu. Niestety, czasem jednak oglądając niedawno nakręcone filmy odnoszę wrażenie, że kryzys dopadł też Hollywood. Na szczęście ten film pokazuje, że jest inaczej.

Jak już wspomniałem głównym tematem obrazu Jasona Reitman’a (syn znanego producenta i reżysera Ivana Reitman’a) jest światowy kryzys gospodarczy. W całych Stanach Zjednoczonych zwalniane są setki, tysiące, a nawet miliony osób. Nie każdy pracodawca chce jednak podejmować się tej niewdzięcznej roli i zatrudnia wówczas „speców od zwalniania”. I tu pojawia się nasz bohater Ryan Bingham (George Clooney). Podróżuje on od miasta do miasta i bez mrugnięcia okiem mówi ludziom, że właśnie zostali zwolnieni. Wszystkim po kolei mówi oklepane formułki w stylu „masz przed sobą całe życie, utrata pracy to jeszcze nie koniec świata”. Ludzkie nieszczęścia wydają się nie robić na nim najmniejszego wrażenia. Podróżowanie sprawia mu wręcz przyjemność, a jedynym celem w jego życiu jest zdobycie specjalnej karty klienta, któremu udało się wylatać dziesięć milionów mil.

Na pierwszy rzut oka nasz główny bohater wydaje się być czarnym charakterem. Lecz pierwsze wrażenie zostaje szybko zatarte. Po wielu lotach wraca w końcu do swojego domu na przymusowy urlop. W domu zastaje jedynie puste, zimne pomieszczenia. Jego życie to podróże i hotele. On żyje tą pracą. George Clonney pokazał w tym filmie bardzo wysoki poziom aktorski. Przez cały film sympatyzujemy z jego postacią. Doskonale wtóruje mu młoda aktorka Anna Kedrick. Gra tutaj młodą i ambitną absolwentkę psychologii, która szybko przekonuje się jak niewiele jeszcze wie o życiu. Clooney i Kedrick stanowią tutaj bardzo udany duet. Aż trudno uwierzyć, że Anna Kedrick karierę aktorską zaczynała od filmu Zmierzch. W roli „łóżkowej przyjaciółki” Clooney’ zagrała tu również mało znana Vera Farmiga. No i niewiele więcej mogę o niej powiedzieć. Zagrała poprawnie, lecz bez fajerwerków.

Jason Reitman jak na początkującego reżysera pokazał również wielką klasę. W chmurach pokazuje tragedie ludzkie, które wstrząsają bardziej niż niejeden film katastroficzny. Pomimo tego Reitman’owi udaje się wpleść w to wszystko inteligentny i delikatny humor, dzięki czemu ten film staję się przyjemny w oglądaniu. Do tego cały obraz jest okraszony pięknymi widokami wielkich amerykańskich miast i luksusowych hoteli. Widoku tego też reżyser nam nie pokazuje tylko dla uciechy oka, ale tez nam pokazuje jak tak wielki i potężny kraj może łatwo popaść w kryzys.

Osobiście bardzo lubię, w których tematem przewodnim jest podróż. Może to i dlatego mam słabość do tego obrazu. Jason Reitman stworzył film, który jest bardzo życiowy. Jest poważny, wzruszający, ale i też jest zabawny i przyjemny dla oka. Dowodem na to jest aż sześć nominacji do Oscarów oraz tyle samo do Złotych Globów, w tym jedna zwieńczona wygraną. Jednym słowem bardzo dobry film – godny polecenia.

1 Gwiazdka2 Gwiazdki3 Gwiazdki4 Gwiazdki5 Gwiazdek6 Gwiazdek7 Gwiazdek8 Gwiazdek9 Gwiazdek10 Gwiazdek (2 - ilość głosów, punktacja: 8,00/10)
Loading ... Loading ...

Wielki Gatsby (The Great Gatsby) – recenzja filmu

Wielki Gatsby (The great Gatsby) - recenzja filmu

W kinach pojawił się długo wyczekiwany melodramat, będący filmową adaptacją powieści F. Scotta Fitzgeralda o tym samym tytule. Nie ukrywam, że obgryzałam paznokcie, odliczając dni do premiery „Wielkiego Gatsby`ego”. Spot reklamowy był zapowiedzią spektakularnego widowiska, przesiąkniętego klimatem szalonych lat dwudziestych. Czy Baz Luhrmann zaskoczył widzów swoją wizją? Czy sprostał wyzwaniu?

Pierwsze dwadzieścia minut zapowiadało imponujący spektakl z doskonałą oprawą muzyczną i charakterystycznym dla tamtego okresu przepychem. Świetne kostiumy, „wypasione bryki”, dym z cygara i whisky, przelewająca się z kieliszków przeniosły mnie na chwilę do wyzwolonego Nowego Yorku. Magia trwała jednak zdecydowanie za krótko. Po oszałamiającej imprezie pojawił się duży kac i trwał już nieprzerwanie aż do napisów końcowych. Piękne obrazki (Simon Duggan) zostały przyćmione przeciętną grą aktorską. W zestawieniu broni się jedynie L. Di Caprio oraz Tobey Maguire, który rozegrał kilka naprawdę dobrych scen. Reszta aktorów to wydmuszki. Plastikowe lalki, ustawione na tle monumentalnych budowli. Miłosny wątek, jakby celowo pozbawiony dramaturgii, ciąży na widzu, który sam ma ochotę krzyknąć na obsadę i tchnąć w nią nieco życia. Spektaklowi bez emocji przewodzi Carey Mulligan  – głupia panienka z dobrego domu, jakby niewzruszona wydarzeniami ze swojego życia. Facet walczy o nią niczym lew, a ona, operując jedną miną (sic!) przypomina bardziej marionetkę niż kobietę z dylematem. A szkoda! Tym bardziej, że „niby romantyczne story” to ok. 3/4 filmu. I nawet przy założeniu, że reżyser chciał wiernie zekranizować powieść Fitzgeralda, ukazując zdemoralizowaną burżuazję lat 20, gry Mulligan nie da się obronić. Za mało w niej dwuznaczności, charakterystycznej dla Daisy Buchanan, która może i jest „frywolnym dziewczęciem z przedmieścia”, ale potrafi kalkulować i z gracją balansuje na cienkiej linie. W filmie nie dało się tego zauważyć. Już o niebo lepsza była Isla Fisher jako Myrtle Wilson, czy choćby Elizabeth Debicki, wcielająca się w postać Jordan Baker, że o Farrow (Wielki Gatsby 1974) nie wspomnę.

Co w takim razie zasługuje na uwagę? Przede wszystkim swingująca i jazzująca muzyka lat dwudziestych poprzetykana dubstepami. Na soundtracku da się usłyszeć, m.in. zmiksowane kawałki: Beyoncé, Florence + The Machine, Lany Del Rey czy Gotye. Dla ciekawych muzycznych doznań przedstawiam zwiastun:

Smaczków całości dodają także świetne kostiumy, charakteryzacja oraz scenografia. Scena, w której Nick Carraway (Tobey Maguire) upaja się na przyjęciu w domu Myrtle Wilson (Isla Fisher) jest jedną z najlepszych w całym filmie. W niej ruch, barwy i postaci współgrają z dynamiczną muzyką, tworząc nieprawdopodobny klimat. To sprawia, że sam widz czuje się jak na haju i choć na chwilę chciałby znaleźć się w centrum wydarzeń, w środku szaleństwa i hedonistycznej uciechy.

Kilka dobrych scen to jednak za mało, żeby nazwać film przełomowych. Wydaje się, że „Wielki Gatsby” będzie musiał poczekać kolejnych trzydzieści lat, żeby doczekać się projekcji na miarę oczekiwań widzów.

Autor: Justyna Orlik

 

1 Gwiazdka2 Gwiazdki3 Gwiazdki4 Gwiazdki5 Gwiazdek6 Gwiazdek7 Gwiazdek8 Gwiazdek9 Gwiazdek10 Gwiazdek (1 - ilość głosów, punktacja: 8,00/10)
Loading ... Loading ...

Jestem legendą – recenzja filmu

jestem legendą - recenzja filmu
Ocena na FILMWEB: 7,5
Ocena autora:
8,0
Autor: Damian Marciniak

Tytuł recenzji:
A może coś więcej niż legenda?
Reżyseria: Francis Lawrence

Aktorzy:
Will Smith, Alice Braga

Czy wyobrażacie sobie, co by było, gdyby wszyscy dookoła was zniknęli? Gdybyście zostali ostatnimi ludźmi na Ziemi i nie mieli się, do kogo odezwać? Jak by wtedy zareagowała wasza psychika? Wizję takiej przyszłości po raz pierwszy przedstawił nam Richard Matheson w swojej powieści „Jestem legendą”. Powieść okazała się być takim sukcesem, że postanowiono zekranizować ją w 1964 roku pod tytułem Ostatni człowiek na Ziemi, następnie w 1971 roku, jako Człowiek Omega, no i w końcu w 2007 roku pod oryginalnym tytułem Jestem legendą.

W 2009 roku pani dr Alice Krippin ogłasza światu, że wynalazła lekarstwo na wszystkie odmiany raka. Lekarstwo to powstało przez ingerencję w strukturę genetyczną wirusa odry. Wirus ten wymyka się spod kontroli i zaraża niemal całą ludzkość. Około 90% ludzi ginie natychmiast, a reszta zamienia się prymitywne, wrażliwe na promieniowanie UV i żądne krwi istoty. Tylko garstka ludzi jest odporna na zmodyfikowany wirus odry. Jednym z nich jest Robert Neville (Will Smith). On i jego pies zamieszkują opustoszały Manhattan. Jednak wyspa tylko z pozoru wydaje się być opustoszała, gdyż po zmroku na polowanie wychodzą krwiożercze bestie.

Warner Bros. wykupił prawa do ekranizacji już 1970 roku, a w 1995 roku zaczął przygotowania do produkcji. W międzyczasie wokół produkcji przewijały się takie nazwiska jak Ridley Scott, Arnold Schwarzenegger, Michael Bay czy Nicolas Cage. Ostatecznie producenci postawili za kamerą Francisa Lawrence’a a tuż przed nią Willa Smith’a. Ostatecznie wybór okazał się bardzo trafny. Scenariusz, choć pisany przez wiele lat i przez wielu scenarzystów okazał się być bardzo dobry. Film jest dramatem, horrorem i sci-fi w jednym. Pokazuje nam dramatyczne zmagania samotnie żyjącego bohatera. Robi on wszystko by tylko nie oszaleć z samotności. Jednocześnie film trzyma nas w napięciu a sceny walk są bardzo dobrze zrealizowane. Największą zaletą jest tutaj niewątpliwie scenografia. Widok opuszczonych i porośniętych ulic Nowego Jorku robią wrażenie.

Chociaż Will Smith nie przedstawił tutaj jakieś arcywybitnej kreacji, to i tak zaprezentował się nadzwyczaj dobrze. Cieszy mnie fakt, że odszedł w końcu od konwencji przystojnych i zabawnych bohaterów znanych nam z Bad Boys czy Facetów w czerni. Trzeba również zauważyć, że jego rola do łatwych nie należała. Świetnie przedstawić emocje i stany psychiczne, jakie targają człowiekiem, który od trzech lat zmaga się z samotnością.

Na sam koniec recenzji przyczepię się jednak do samej końcówki filmu. Po pierwszym obejrzeniu obrazu Francisa Lawrence’a koniec filmu wydawał mi się całkiem sensowny. Główny bohater staje się legendą, która ratuje ludzkość. Jednak dowiedziałem się o alternatywnym zakończeniu filmu, które z łatwością można znaleźć w Internecie czy na wydaniu DVD. Alternatywne zakończenie filmu ma o wiele głębsze przesłanie i całkowicie zmienia znaczenie tytułu. Według mnie drugie zakończenie jest o wiele lepsze i nie rozumiem, dlaczego twórcy postanowili tuż przed premierą na użycie tego pierwszego. Jest bardziej poprawne polityczne? Nie mam pojęcia.

1 Gwiazdka2 Gwiazdki3 Gwiazdki4 Gwiazdki5 Gwiazdek6 Gwiazdek7 Gwiazdek8 Gwiazdek9 Gwiazdek10 Gwiazdek (2 - ilość głosów, punktacja: 2,50/10)
Loading ... Loading ...

Essential Killing (2010) – recenzja filmu

Essential Killing - recenzja filmu
Ocena na FILMWEB: 5,5
Ocena autora:
4,0
Autor: Damian Marciniak

Tytuł recenzji:
A miało być tak pięknie
Reżyseria: Jerzy Skolimowski

Aktorzy:
Vincent Gallo, Emmanuelle Seigner

Kiedy po raz pierwszy w usłyszałem o głośnej produkcji Skolimowskiego to sobie pomyślałem: „Nareszcie! Ktoś w końcu w Polsce zrobił film na światowym poziomie”. Fabuła dotykała bardzo świeżego tematu. Zapowiedzi robiły piorunujące wrażenie. Trzy nagrody na festiwalu w Wenecji i kilka na innych mniej znaczących festiwalach europejskich. No i oczywiście niezliczona ilość polskich nagród. Po obejrzeniu filmu stwierdziłem jedynie, że ta ilość polskich nagród jest wyrazem głębokiego kompleksu polskich filmowców. Widocznie wychodzą z założenia, że wszystko w polskim kinie, co jest bardziej amerykańskie niż polskie jest lepsze niż polskie.

Akcja filmu rozpoczyna się w Afganistanie. Amerykańscy żołnierze próbują schwytać jednego z terrorystów. Ukrywający się w jaskiniach Mohammed zabija trzech żołnierzy i próbuje uciec, lecz po chwili zostaje złapany. Po brutalnym przesłuchaniu zostaje przetransportowany do jednego z tajnych więzień CIA w Polsce. Podczas transportu nadarza się okazja do ucieczki, z której Mohammed korzysta.

Film jak na polskie warunki rozpoczyna się z wielkim rozmachem i zapowiada nam widowisko w stylu Black Hawk Down. Początek bardzo wciąga i sprawia, że chcemy więcej. Lecz chyba na tym wielkie widowisko się kończy. Wprawdzie jest to bardziej film psychologiczny, niż dramat wojenny. Chociaż jak na film psychologiczny jest zdecydowanie za mało odkrywczy. Pokazuje nam już dosyć wysłużony temat w stylu: „człowiek zrobi wszystko, żeby przeżyć”. Z miejsca mógłbym wymienić kilka lepszych filmów o podobnej tematyce. Sądzę, że przyczynił się do tego zbytni pośpiech Jerzego Skolimowskiego. Napisał on scenariusz w zaledwie kilkanaście dni, zainspirowany artykułem o tajnych więzieniach CIA w Polsce.

Vincent Gallo zagrał tutaj postać Mohammeda. Jest to postać trochę nijaka, tym bardziej, że nie wypowiada w filmie ani jednego słowa. Nic praktycznie o nim nie wiemy. Nie wiemy nawet czy rzeczywiście jest terrorystą czy nie. Wprawdzie pojawiają się w filmie retrospekcje z jego przeszłości, ale nawet one nam niewiele mówią. Jego postać najpierw jest brutalnie przesłuchiwana przez amerykańskich żołnierzy, a następnie musi walczyć o życie w nieznanym sobie środowisku. Z założenia powinniśmy sympatyzować i kibicować jego postaci, lecz po kolejnych zbrodniach, jakich się dopuszcza efekt jest całkiem odwrotny. Scena z piłą łańcuchową przechyliła szalę.

W filmie zagrała również Emmanuelle Seigner (Frantic, Gorzkie gody, Dziewiąte wrota). Jak na tak dobrą i znaną aktorkę to zagrała tutaj zdecydowanie za małą rolę. Gra ona postać polskiej, głuchoniemej chłopki, która w końcowych scenach filmu pomaga Mohammedowi. Z mojego punktu widzenia jej postać jest bardzo nielogiczna. W nocy pojawia się u niej zakrwawiony Arab z bronią w ręku, a ona zamiast zgłosić to odpowiednim służbom (które de facto same się u niej zjawiają), to postanawia pomóc zbiegowi. Ukrywa go, opatruje, karmi, a na koniec daje mu w prezencie przepięknego białego konia. Taki koń raczej do tanich nie należy, a ona na bogatą nie wyglądała, więc taki prezent jest również trochę nielogiczny.

Teraz trochę o plusach filmu. Od strony technicznej prezentuje on najwyższe zachodnie standardy. Patrząc na obraz momentami trudno jest uwierzyć, że film jest produkcji polsko-norwesko-irlandzko-węgierskiej. Zdjęcia plenerowe zapierają dech w piersiach, lecz to po części jest zasługą tego, że Norwegia „udaje” tutaj Polskę. Wszystkich widzów z pewnością zachwycą widoki, lecz polski odbiorca szybko się zorientuje, że nie mamy tutaj do czynienia z polskimi plenerami. Całość jest okraszona bardzo oszczędną i minimalistyczną muzyką Pawła Mykietyna (33 sceny z życia, Trick, Sponsoring).

Z jednej strony film zrealizowany z wielki rozmachem, z drugiej strony bardzo oszczędne i proste kino psychologiczne. Z jednej strony technicznie dopracowany, z drugiej strony zrobiony w pośpiechu. Z pewnością nie jest to film dla każdego. Obraz dla zagorzałych fanów gatunku. Zdecydowanie nie dla fanów wojennych strzelanin.

1 Gwiazdka2 Gwiazdki3 Gwiazdki4 Gwiazdki5 Gwiazdek6 Gwiazdek7 Gwiazdek8 Gwiazdek9 Gwiazdek10 Gwiazdek (7 - ilość głosów, punktacja: 9,43/10)
Loading ... Loading ...

Zapach kobiety (1992) – recenzja filmu

Zapach kobiety (1992) - recenzja filmu
Ocena na FILMWEB: 8,1
Ocena autora:
10
Autor: Damian Marciniak

Tytuł recenzji:
Najpiękniejsze tango w historii kina
Reżyseria: Martin Brest

Aktorzy:
Al Pacino, Chris O’Donnell

Całkiem niedawno miałem okazję obejrzeć już któryś raz z kolei obraz Martin’a Brest’a Zapach Kobiety. Przed napisaniem recenzji postanowiłem jak zwykle poczytać sobie trochę opinii na temat samego filmu. Ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu opinie są bardzo rozbieżne. Jedni mówią, że to arcydzieło, inni, że to średni film, a jeszcze inni, że całkiem do niczego. Jednak najbardziej mnie zaskoczyło to jak wielu po obejrzeniu tego filmu nie wie dalej, o czym on w ogóle jest. Czy naprawdę mamy aż tak płytką widownię w naszym kraju?

Uczeń prestiżowej szkoły (Chris O’Donnell) zostaje zamieszany w uczniowską aferę, która stawia go wobec dylematu: być lojalnym wobec kolegów czy może ocalić własną skórę. Charlie, (bo tak ma na imię nasz bohater) uczy się tylko dzięki przyznanemu stypendium i to sprawia, że wybór właściwej drogi jest o wiele trudniejszy. W międzyczasie postanawia podjąć dorywczą pracę z ogłoszenia, jako opiekun niewidomego emerytowanego pułkownika (Al Pacino). Niełatwy podopieczny zarządza wspólną wyprawę do Nowego Jorku. Z pomocą swojego opiekuna chce on użyć pełni życia, a potem popełnić samobójstwo. Podczas podróży po luksusowych hotelach i restauracjach między chłopakiem a mężczyzną rodzi się przyjaźń, co komplikuje samobójcze plany pogrążonego w depresji pułkownika.

Historie przyjaźni pomiędzy opiekunem a niepełnosprawnym od zawsze były popularnym i ciekawym tematem. Sztuką jest jednak inteligentnie wykorzystanie tego tematu. Sam Zapach kobiety nie jest nową historią, a remake’m włoskiego dramatu z 1974 roku o tym samym tytule. Reżyser wykorzystał potencjał tej historii w 110%.

Jest to ujmująca i piękna historia przyjaźni pomiędzy starym, sfrustrowanym ślepcem a młodym studentem, który dopiero uczy się życia. Jeden z nich utracił sens życia, a drugi go poszukuje. Ich spotkanie odmienia ich oboje. Oboje przechodzą swoistą metamorfozę. Oboje uczą się od siebie nawzajem, chociaż wyraźnie widać, że rolę mentora przyjął na siebie Pacino.

Co do samej gry Al’a Pacino, to powiem krótko: jeszcze nigdy nie widziałem go w lepszej roli. Zagrał po prostu genialnie. Nie potrafię tego nawet słowami opisać. Trzeba to po prostu zobaczyć. Z jednej strony twardy pułkownik, a z drugiej strony pokazuje, że mężczyzna też może posiadać uczucia. Oszałamiająca rola. Już nawet nie wspomnę, że grając niewidomego ani razu mu nawet oko nie drgnęło. Można bardzo łatwo pomyśleć, że Pacino w tym filmie jest naprawdę niewidomy.

Chris O’Donnell może nie miał aż takiej możliwości popisania się swoimi umiejętnościami aktorskimi, jednak mimo to zagrał bardzo dobrze. Trochę ciapowaty, uczciwy i grzeczny chłopak, dla którego najważniejsza jest szkoła. Oboje z Pacino tworzą doskonały duet, a uwieńczeniem tego była scena, w której pułkownik zamierza popełnić samobójstwo. Scena zagrana tak, że trudno o niej zapomnieć.

A skoro już mowa o niezapomnianych scenach to nie mogę nie wspomnieć o scenie z tangiem w roli głównej. Al Pacino tańczy tango z piękną nieznajomą do muzyki „Por Una Cabeza” Carlos’a Gardel’a. Według mnie jest to jedna z najbardziej kultowych scen w historii kina. Scenie tej doskonale wtóruje ta, w której niewidomy Pacino prowadzi nowiutkie Ferrari ulicami Nowego Jorku. Również i ta scena jest okraszona piękną muzyką autorstwa Thomas’a Newman’a (Skazani na Shawshank, Zielona mila, American Beauty).

Bez wątpienia jest to jeden z najlepszych filmów, jakie powstały. Bawi, wzrusza i uczy, a od Al’a Pacino nie można oderwać oczu. Być może ludzie, którzy nie potrafią dostrzec walorów tego filmu są po prostu dziećmi z tak zwanego pokolenia „X”. Miejmy tylko nadzieję, że osób doceniających dobre kino będzie jednak więcej.

1 Gwiazdka2 Gwiazdki3 Gwiazdki4 Gwiazdki5 Gwiazdek6 Gwiazdek7 Gwiazdek8 Gwiazdek9 Gwiazdek10 Gwiazdek (1 - ilość głosów, punktacja: 5,00/10)
Loading ... Loading ...

Piąty element (1997) – recenzja filmu

Piąty element - recenzja filmu
Ocena na FILMWEB: 7,4
Ocena autora:
7,0
Autor: Damian Marciniak

Tytuł recenzji:
Piękna szklana pułapka w kosmosie
Reżyseria: Luc Besson

Aktorzy:
Bruce Willis, Gary Oldman

Po obejrzeniu Niepamięci Kosinski’ego zdałem sobie sprawę jak ciężko twórcom kina sci-fi stworzyć dzisiaj coś oryginalnego. Gatunek science-fiction jest niemal tak stary jak ruchomy obraz. Więc czy powinniśmy się obawiać, że temat sci-fi został wyczerpany, i że czeka nas już tylko powielanie pomysłów? Mam nadzieję, że nie. I w takich chwilach warto sięgnąć po filmy niebanalne, które pokazują jak wiele jeszcze można zaoferować. Takim filmem jest niewątpliwie już kultowy Piąty element.

Film rozpoczyna się w 1914 roku, w pobliżu egipskiej świątyni, gdzie dowiadujemy się, że za około 300 lat Ziemi będzie zagrażać niebezpieczeństwo ze strony bliżej nieokreślonego czystego, wcielonego zła. Dowiadujemy się również, że przyjaźni ludziom kosmici – Mondoshawanowie dysponują bronią przeciwko temu złu, lecz muszą ją zabrać z Ziemi w bezpieczniejsze miejsce. Następnie akcja nas przenosi 300 lat później do Nowego Jorku. W stronę Ziemi zbliża się wymienione wyżej zło. Jednak statek, którym Mondoshawanowie chcą nam dostarczyć swoją broń zostaje zestrzelony. Jedynym ocalałym z katastrofy jest przepiękna Leeloo (Milla Jovovich), która okazuje się być tytułowym piątym elementem broni przeciwko złu. Zbieg okoliczności sprawia, że misja ratowania świata zostaje powierzona nowojorskiemu taksiarzowi (dawniej komandosowi) Korben’owi Dallas’owi (Bruce Willis).

Luc Besson stworzył pierwszą wersję scenariusza będąc jeszcze w szkole średniej. I to chyba właśnie dzięki temu film ten tak się wyłamuje na przód. Na pozór dosyć skomplikowana historia jest opisana bardzo lekko i przyjemnie. Widać w Piątym elemencie niesamowitą wyobraźnię autora, oraz pewną młodzieńczą naiwność, która staje się atutem filmu. Świat jest bardzo rozbudowany i pomysłowy. Jest jednocześnie przepiękny i zaśmiecony. Luc Besson zadbał o niemalże wszystkie detale. Nawet przyszłościowe papierosy mają w sobie trzy razy więcej filtra niż tytoniu.

Reżyser zebrał do filmu wielu uzdolnionych aktorów, takich jak Gary Oldman, Ian Holm czy Chris Tucker, z których wykrzesał bardzo wiele. To dzięki ich zdolnościom Piąty element nabrał również komediowego charakteru i stał się według mnie jednym z najzabawniejszych filmów sci-fi, jakie powstały. Millia Jovovich, chociaż wypowiada bardzo mało zrozumiałych zdań (większość jej kwestii jest w języku specjalnie stworzonym przez Luc’a Besson’a) gra tutaj dla kontrastu dosyć dramatyczną postać. Natomiast Bruce Willis gra zabawnego twardziela rodem ze wszystkich części Szklanej pułapki. Mimo tego jego postać doskonale wkomponowuje się w konwencje filmu. Swoją drogą to Bruce Willis już chyba ratował wszystko, co jest do uratowania w tym wszechświecie :) .

Budżet efektów specjalnych wynosił 80 milionów $ i był to największy budżet swoich czasów. Dzisiaj, po 16 latach od premiery taki budżet już nie zachwyca, a i same efekty już nie robią takiego wrażenia jak kiedyś. Jednak mimo wszystko wizualnie obraz specjalnie się nie zestarzał i nadal ogląda się go bardzo przyjemnie. Natomiast muzyka, jaką stworzył Éric Serra jest nie do opisania. Połączenie muzyki klasycznej, z elektroniczną i etniczną. Dodatkowo wzbogacona o elementy hip-hopowe i industrialne zachwyca i doskonale łączy się z charakterem obrazu.

Żeby nie było tak za słodko to wytknę na koniec reżyserowi, że momentami gubił się trochę w tym, jaki to film powinien być. Widać, że Luc Besson miał wielkie chęci zrobić film z większym przesłaniem. Próbuje nam przekazać jak bardzo zła jest wojna, jednocześnie pokazując jak główny bohater przerabia na sito dziesiątki wrogów. Sam pomysł uważam za dobry, lecz wykonanie za troszeczkę niedopracowane i naciągane. Jednocześnie w dosyć fajny sposób pokazuje nam, że miłość jest piątym żywiołem tego świata. Cztery elementy symbolizują po kolei wodę, wiatr, ziemię i ogień, a natomiast miłość jest piątym elementem – czyli piątym żywiołem.
Podsumowując: bardzo dobre kino, będące jednym z najpiękniejszych obrazów sci-fi jakie powstały.

1 Gwiazdka2 Gwiazdki3 Gwiazdki4 Gwiazdki5 Gwiazdek6 Gwiazdek7 Gwiazdek8 Gwiazdek9 Gwiazdek10 Gwiazdek (Bądź pierwszy)
Loading ... Loading ...

Oblivion (Niepamięć) 2013 – recenzja filmu

Oblivion (Niepamięć) - recenzja filmu

Byliśmy! Widzieliśmy! A czy się zachwyciliśmy? Oblivion w reżyserii Josepha Kosinskiego miało być zapowiedzią świeżości i nowego stylu w kinie z serii science fiction. Co z tego wyszło? Zobaczmy!

Poniżej zamieszczam naszą recenzję, która w wersji pytań i odpowiedzi, powstała po obejrzeniu kinowej wersji Niepamięci.

Pytania Damiana i moje odpowiedzi:

1. Jak krótko byś scharakteryzowała „Niepamięć”?

Oblivion z pewnością docenią fani SF i kina akcji, bo Kosińskiemu udało się stworzyć unikalną opowieść, w której obok zachwycających efektów specjalnym można znaleźć odpowiedzi na odwiecznie nurtujące ludzkość pytania. „Niepamięć” jest opowieścią o losach Johna Harpera, który wraz z współtowarzyszką przebywa na zdegradowanej Ziemi i zajmuje się naprawą dronów oraz walką ze złowieszczymi padlinożercami. Niebawem okaże się jednak, że bohater zrewiduje dotychczasowe poglądy, a losy ludzkości znów spoczną w jego rękach.

2. Jak oceniasz grę Tom’a Cruise’a?

Ciężko o obiektywną ocenę, bo nie przepadam za Cruisem. Poza tym nie wiem czy to wina aktora czy niedopracowanych dialogów, że jego postać (podobnie jak wiele innych) wypadła nieco plastikowo. Poza tym „bohaterskość” wylewa mu się niemal z uszu, a sama kreacja jest moim zdaniem zbyt jednowymiarowa.

3. Gdybyś mogła wymienić obsadę to, kogo, na kogo byś wymieniła?

Wymieniłabym Morgana Freemana na drewnianego Olbrychskiego wówczas wszyscy graliby na jednolitym poziomie. Moim zdaniem należałoby najpierw wymienić scenarzystę, a dopiero później można się zastanowić nad transferem aktorów. Na pierwszy strzał poszłaby piękna, choć może mało zdolna Kurylenko.

4. Do jakich innych filmów byś porównała „Niepamięć”?

Nie jestem jakąś wielką fanką science-fiction, więc nie będę siliła się na sztuczne porównania. W „Niepamięci” jak w wielu filmach tego gatunku pojawiają się podobne motywy, ale w tym wypadku nie ma to większego znaczenia, bo film (choć można mu wytknąć kilka wpadek) jest nowatorski i za to należy raczej pochwalić Kosińskiego.

5. Czy plenery i scenografia są oryginalnym pomysłem? (np. kanion z pozostałości po ulicy Nowego Jorku)

Obrazy wciskają w fotel, dlatego polecam (z całego serca) obejrzeć film na dużym ekranie. No chyba, że ktoś ma jakiś full wypas HD w domu i telewizor na pół pokoju. Wydaje mi się, że sam obraz straci w oczach widzów, których na takie luksusy wyraźnie nie stać. Tym bardziej, że warstwa fabularna nie kładzie na kolana, a mniej więcej od połowy filmu to już zwykłe kino akcji przeplatane jakimiś patetycznymi dialogami Freemana i innymi tego typu „bajerami”.

6. Jak oceniasz zdjęcia i montaż?

Dla mnie bomba! W połączeniu z genialną muzyką to już wyższy level. To z pewnością jedna z tych rzeczy, za które należy pochwalić Kosińskiego i  Claudio Mirandę (Ciekawy przypadek Benjamina Buttona, Życie Pi, Tron: Dziedzictwo). Taką wizję postapokaliptycznej Ziemi chciałoby się oglądać częściej.

7. Jak oceniasz efekty specjalne?

Wydaje się, że na efekty specjalne poskąpiono cennych zielonych, a z drugiej strony dobrze, że nie bombardują widza z każdej strony i dają mu nieco odetchnąć. W końcu dobre science-fiction to coś więcej niż efektowna grafika komputerowa.

8. Jak oceniasz muzykę?

j/w

9. Gdybyś mogła zmienić coś w tym filmie to, co by to było?

Na pewno fabułę, która od połowy filmu staje się nudna i niesamowicie przewidywalna. I wielka szkoda, bo początek zapowiadał się imponująco. Poza tym te nieszczęsne dialogi, co przypominało raczej konwersację robotów, pozbawionych ludzkich emocji.

10. Jak oceniasz sam główny wątek filmu?

I znów będę się powtarzała. Potencjał był, a wyszło zaledwie przyzwoicie. Szkoda, bo kino autorskie tej klasy mogłoby skosić niejednego widza. Fabuła położyła się długim cieniem na tej projekcji. Może trzeci film Kosińskiego wyjdzie mu lepiej?

Moje pytania z odpowiedziami Damiana:

1. Jak oceniasz pracę Kosińskiego przy jego drugim filmie?

Film być może nie stanie się klasykiem gatunku, ale widać, że Kosiński przyłożył się do pracy i jego produkcja wypadła bardzo dobrze na tle innych, niedawnych filmów z gatunku sci-fi.

2. „Niepamięć” w oczach innych widzów oceniana jest często jako wtórny i „przekombinowany” film. Czy podzielasz ich zdanie?

Pewnie mają racje. Film posiada wiele elementów powielonych i lekko „przekombinowanych”, ale w sci-fi ziemia już tyle razy została zaatakowana przez kosmitów, że ciężko już jest wymyśleć coś oryginalnego .

3. „Fabryka snów” produkuje wiele filmów z serii science-fiction. Czy coś wyróżnia „Niepamięć” na tle innych?

Hmmm… Ciężko powiedzieć.

4. Jak oceniasz duet Morgan Freeman i Tom Cruise?

Duet to za dużo powiedziane. Morgan Freeman zdecydowanie za małą rolę miał by mówić o duecie. O Freeman’ie mogę wiedzieć, że zagrał przyzwoicie. Za mała rola by mógł się wykazać swoją grą aktorską. Cruise zagrał również przyzwoicie. Miał w filmie lepsze i gorsze sceny.

5. Co sądzisz o scenariuszu do filmu?

Scenariusz podobnie jak gra Tom’a Cruise’a ma swoje lepsze i gorsze momenty. Posiada kilka luk i kwestii niewyjaśnionych. Posiada również kilka momentów, które są bardzo przewidywalne. No i kilka wręcz banalnych elementów (statek kosmiczny z 2017, czyli nie aż bardzo w przyszłości wygląda jak statek z 2037). Scenariusz jest przeciętny. Nie jest zły, ale dobry i też nie.

6. Czy Olga Kurylenko i Andrea Riseborough sprawdziły się w „Niepamięci”?

Olga Kurylenko według mnie spełniła swoje zadanie. Miała być ładną ozdobą przystojnego Tom’a Cruise’a. Andrea Riseborough wypadła według mnie nieco lepiej, ale to też może i dlatego że scenarzyści pozwolili jej na nieco więcej niż tylko być ładną ozdobą.

7. Co sądzisz o dialogach w „Niepamięci”?

Dialogi są dobre, choć momentami lekko banalne.

8. Płytkie kino akcji, a może arcydzieło? Czy na „Niepamięć” warto pójść do kina?

Według mnie nie jest to płytkie kino akcji, jak i też na pewno nie jest to arcydzieło. Na „Niepamięć” warto iść do kina, jeżeli ktoś nie wymaga za dużo po tym filmie. Czysta rozrywka.

9. Który motyw w filmie oceniasz najlepiej?

Zdecydowanie najlepiej oceniam scenę ucieczki i walki z „dronami” w kanionach (pozostałości po ulicach Nowego Jorku). Specjaliści od efektów specjalnych wykonali kawał dobrej roboty.

Autorzy:

Damian Marciniak

Justyna Orlik

1 Gwiazdka2 Gwiazdki3 Gwiazdki4 Gwiazdki5 Gwiazdek6 Gwiazdek7 Gwiazdek8 Gwiazdek9 Gwiazdek10 Gwiazdek (1 - ilość głosów, punktacja: 10,00/10)
Loading ... Loading ...

Gliniarz z Beverly Hills (1984) – recenzja filmu

Gliniarz z Beverly Hills - recenzja filmu
Ocena na FILMWEB: 7,4
Ocena autora:
7,0
Autor: Damian Marciniak

Tytuł recenzji:
Odświeżanie kotleta?
Reżyseria:
Martin Brest
Aktorzy:
Eddie Murphy, Judge Reinhold

Całkiem niedawno stacja CBS poinformowała, że zamierza nakręcić serial Gliniarz z Beverly Hills, który ma opowiadać historię syna głównego bohatera filmu. W tę rolę wcieli się Brandon T. Jackson (Jaja w tropikach, Agent XXL 3). Eddie Murphy będzie producentem, a także zamierza pojawić się gościnnie w serialu. Czy będzie to odświeżanie kotleta? Czy może twórcy podejdą do tematu profesjonalnie? Zapewne już wkrótce się o tym przekonamy, a póki co przypomnijmy sobie sam film.

Gliniarz z Beverly Hills może i nie zalicza się do arcydzieł, ale nikt nie może zaprzeczyć, że jest to klasyk swojego gatunku. Lata ’80 to był rozkwit komedii sensacyjnych. Film wówczas okazał się niebywałym sukcesem. Po dziś dzień oglądam go z wielkim sentymentem.

Scenariusz nie jest za bardzo odkrywczy. Policjant z Detroit (Eddie Murphy) przyjeżdża do Beverly Hills by odnaleźć zabójców swojego przyjaciela. Na własną rękę postanawia on wymierzyć im sprawiedliwość. A więc temat stary jak świat.

Mało kto wie, że podczas pisania scenariusza, do roli Axel’a Folley’a brany pod uwagę był głównie Sylvester Stallone. Według mnie, film wówczas nie byłby wielkim odkryciem i powstałoby coś na podobieństwo Cobry. Koncepcja filmu zmieniła się, kiedy producenci zatrudnili Murphy’ego. Eddie Murphy wyszedł z inicjatywą i wprowadził wiele zmian do scenariusza. Dzięki temu film nabrał komediowego charakteru. Jedna z najlepszych ról w karierze tego aktora.

Film posiada wiele scen humorystycznych i jednocześnie trzyma dobre tempo, jak przystało na kino sensacyjne. Jednym słowem: wzór kina lat ’80.

Jednak największą zaletą filmu jest ścieżka dźwiękowa. Muzyka idealna. Kto dzisiaj nie zna motywu przewodniego? Melodię „Axel F.” Produkcji Harrold’a Faltermeyer’a zna i potrafi zanucić większość ludzi na naszym globie.

Stary, dobry klasyk gatunku z lat ’80 :)

1 Gwiazdka2 Gwiazdki3 Gwiazdki4 Gwiazdki5 Gwiazdek6 Gwiazdek7 Gwiazdek8 Gwiazdek9 Gwiazdek10 Gwiazdek (2 - ilość głosów, punktacja: 8,50/10)
Loading ... Loading ...

Artysta (2011)

Artysta - recenzja filmu
Ocena na FILMWEB: 7,6
Ocena autora:
9,5
Autor: Damian Marciniak

Tytuł recenzji:
Magia X Muzy
Reżyseria:
Michel Hazanavicius
Aktorzy:
Jean Dujardin, Bérénice Bejo

Kiedy w 2012 roku Artysta zdominował galę rozdania Oscarów, film ten był dla mnie ciekawostką. Pamiętam jak do kina szedłem zadając sobie pytanie: jak czarnobiały i niemy film mógł osiągnąć taki sukces? Dziesięć nominacji do Oscara, w tym pięć zwieńczonych nagrodą. Po seansie zadawałem sobie już inne pytanie: dlaczego tych Oscarów było tak mało?

Tytułowym bohaterem jest gwiazdor kina niemego – George Valentin (Jean Dujardin). Jego kariera przeżywa jednak kryzys, kiedy zaczynają pojawiać się filmy dźwiękowe. Nie umie on odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Tymczasem w filmach dźwiękowych zawrotną karierę robi pewna młoda aktorka Peppy Miller (Bérénice Bejo), której George kiedyś dał radę jak osiągnąć sukces.

Reżyser i autor scenariusza Michel Hazanavicius stworzył coś magicznego. Film, który w idealnych proporcjach łączy w sobie komedię, dramat i romans. Pokazuje nam najlepsze cechy kina lat ’20, ’30 a nawet ’40. Gagi i żarty, rodem z filmów Chaplin’a są dobrze przemyślane i wkomponowują się w tragiczną historię głównego bohatera. Historia ta nam pokazuje jak bezwzględna potrafi być widownia. Pokazuje nam jak z najjaśniejszej gwiazdy Hollywood’u można w krótkim czasie stać się osobą, której nikt na ulicy nie rozpoznaje. W tle rozwija się również wątek miłosny pomiędzy George’em a Peppy, który przywołuje największe największe ekranowe romanse tamtych lat.

Film niemy wymagał od aktorów bardzo dużej ilości włożonej pracy. W tamtych czasach aktorzy nie mogli wyrażać emocji za pomocą słów, a jedynie za pomocą mimiki i gestykulacji. Było to dla nich nie lada wyzwanie, z którego wywiązali się w 100%. Dowodem na to jest m.in. Oscar, Złoty Glob czy Złota Palma z Cannes dla Jean’a Dujardin’a za jego genialną kreację. Wszyscy aktorzy w tym filmie zasłużyli na wyróżnienie, a w szczególności pies rasy Jack Russell Terrier – Uggie :)

W erze filmów 3D jest nie lada wyczynem zrobić film czarnobiały i niemy, który by tak zachwycał widownię. Film jest przepięknie zrealizowany. Widać, że reżyser dbał o każdy detal. Artysta hipnotyzuje i wciąga widza, ale przede wszystkim bardzo pozytywnie zaskakuje.

1 Gwiazdka2 Gwiazdki3 Gwiazdki4 Gwiazdki5 Gwiazdek6 Gwiazdek7 Gwiazdek8 Gwiazdek9 Gwiazdek10 Gwiazdek (Bądź pierwszy)
Loading ... Loading ...

Django (2012) Quentina Tarantino

Django tarantino - recenzja filmu
Ocena na FILMWEB: 8,4
Ocena autora:
8,0
Autor: Damian Marciniak

Tytuł recenzji:
Krew na polu bawełny
Reżyseria: Quentin Tarantino

Aktorzy:
Jamie Foxx, Christoph Waltz, Leonardo DiCaprio

Czy wypada skrytykować reżysera o takiej klasie? Czy wypada skrytykować film, który z każdej strony był wychwalany? A może przyklaskiwać jemu tak jak reszta świata? Ciężko odpowiedzieć na te pytania. Film jest dla mnie jednocześnie odkrywczy i oklepany. Są w nim motywy, które wywierają na mnie duże wrażenie, ale jednocześnie są rzeczy, na których się zawiodłem. Bądź, co bądź to po filmie reżysera tej klasy zawsze spodziewamy się bardzo wiele.

Tytułowy Django (Jamie Foxx) to niewolnik, który zostaje uwolniony przez dr Kinga Shultz’a (Christoph Waltz) – niemieckiego łowcę głów. Django w zamian za uwolnienie ma pomóc Niemcowi odnaleźć i zabić trzech oprychów. Wkrótce po tym zostają oni wspólnikami i przemierzają Amerykę zabijając tych, na których ciąży list gończy. Lecz Django pragnie jedynie uwolnić swoją przepiękną żonę Broomhildę (Kerry Washington), która należy do bezwzględnego plantatora bawełny Calvin’a Candie (Leonardo DiCaprio).

Film z pozoru nie jest jakimś tam oklepanym westernem. To fakt, że czerpie on garściami z klasycznych już spaghetti westernów, ale sam temat, jaki omawia jest bardzo ważny. Dzięki dużej dawce humoru i brutalności przełamuje on temat tabu, jakim jest w Ameryce niewolnictwo. Sposób, w jaki Quentin Tarantino podszedł do tematu niewolnictwa jest bardzo podobny do tego z Bękartów wojny na temat holokaustu, choć o wiele bardziej brutalniejszy. Jednak nie brak tu symbolicznych scen, takich jak zroszenie krwią białej bawełny na polu.

Chociaż scenariusz filmu wydaje się bardzo dopracowany to w Django występuje wiele merytorycznych błędów. Właściwie to „łowcy błędów filmowych” mają na Django prawdziwą wyżerkę. Najprostszym przykładem może być pojawiający się w filmie kran do piwa, który został wynaleziony na początku XX wieku, czyli ok. 50 lat po wydarzeniach z filmu. Można by powiedzieć, że czepiam się szczegółów, ale jednak czuć lekki niesmak przy tak dużej ilości błędów.

Jednak te nieznaczące błędy w scenariuszu Quentin Tarantino doskonale wynagradza nam niezwykłą dbałością o szczegóły przy pisaniu dialogów. Sami aktorzy wynoszą te dialogi na wyżyny mówiąc je z odpowiednimi dla epoki i miejsca akcentami i dialektami. W tym momencie muszę pochwalić Dona Johnson’a (serial Policjanci z Miami) za kreację Wielkiego Tatusia. Ten plantator a zarazem nieudolny przywódca Ku Klux Klanu jest jedną z moich ulubionych postaci w filmie :) Najlepiej w tym filmie według mnie zaprezentował się Leonardo DiCaprio. Jeszcze nigdy chyba go nie widziałem w równie wyśmienitej roli. Na pochwałę zasługuje również genialny Christoph Waltz, mimo że miejscami jego postać bardzo przypomina tą z Bękartów wojny. Doskonałą kreację zaprezentował nam również ulubieniec Quentina Tarantino, czyli Samuel L. Jackson. Natomiast obsadzenie Jamie Foxx’a w roli Django było trochę chybionym pomysłem. Jamie Foxx zagrał z taką samą ekspresją jak swoje wszystkie inne role. Zdecydowanie lepiej by w tej roli wypadł Will Smith, któremu to najpierw Quentin Tarantino chciał ją zaproponować.

Na sam koniec zostawiłem sobie jeszcze dużą pochwałę dla reżysera za dobór soundtracku. Chociaż w filmach Quentina Tarantino świetna ścieżka dźwiękowa to już norma :)

Pomimo drobnych błędów i średniej gry Jamie Foxx’a uważam Django za bardzo udany film. Łączy w sobie wiele ważnych cech, dzięki którym zapewne stanie się klasykiem gatunku.

Serwis, zawierający: najnowsze recenzje filmów 2013, najlepsze zapowiedzi filmowe 2013, hity i premiery kinowe 2013.

Recenzujemy: filmy polskie i zagraniczne, komedie romantyczne, filmy dramatyczne, filmy science-fiction oraz najnowsze filmy akcji.